Szczęśliwi pośród fiordów

 

Jako, że podróżowanie to chyba jedna z najprzyjemniejszych dla mnie aktywności, zabiorę Was dziś na wirtualną wycieczkę. Wycieczkę, która niektórych z Was może zasmuci, bo przypomni, że okres wakacji dobiegł niestety końca, a niektórych zainspiruje i sprawi, że z nową energią i zapałem zaczniecie planować kolejny urlop. Może nawet w te rejony. Może nad Adriatyk. Może do Czarnogóry.


„Miodowy miesiąc”


Przyznam, że miejsce tych wakacji zostało wybrane niejako przypadkiem. W pierwotnych „honeymoonowych” planach  były Stany, ale, że nic nie zostało w tym kierunku załatwione, temat został odroczony. I zostało pospieszne poleganie na opinii znajomych. Ktoś doradził Chorwację, ktoś inny polecił Czarnogórę.  Czasu zostało niewiele, należało szukać last minute. W międzyczasie „na tapecie” pojawiły się  jeszcze Wyspy Zielonego Przylądka – ale nie miałam ważnego paszportu – oraz Hiszpania  – ale z kolei termin nietrafiony. Hm… no dobrze, to lećmy do tej Czarnogóry.


Naturalne piękno Czarnogóry


Czarnogóra to małe państwo na południu Europy, którego wielkość zbliżona jest do powierzchni województwa śląskiego. Powstało z rozpadu byłej Jugosławii, a następnie Związku Państw Serbii i Czarnogóry i uzyskało niepodległość w 2006 r. Nie należy do Unii Europejskiej, jednak walutą obowiązującą jest tam Euro. Nie zachwyci nas tam przemysł, poziom rozwoju miast, jakość dróg czy usług. Czarnogóra ma jednak w sobie coś, co odwiedzającym na długo nie pozwoli o niej zapomnieć.

Jeśli jesteś osobą, która lubi ładne kurorty i duże miasta, to na przekór temu wszystkiemu powinieneś choć raz zawitać w Czarnogórze. Obiecuję, że na chwilę całkowicie odetniesz się od wszystkiego do czego jesteś przyzwyczajony i co więcej – gwarantuję, że Ci się to spodoba.  Ale musisz się troszkę wysilić. Cisza, malownicze krajobrazy, cudowne widoki nie czekają w tym kraju na każdym rogu. Czasem trzeba pokonać 1500 schodów, czasem wspiąć się autem po skalnych półkach. Jakkolwiek ciężko by nie było – naprawdę warto. Czarnogóra odwdzięczy się i odda z nawiązką ukazując swoje oryginalne naturalne piękno.


Boka Kotorska


Na początek zabiorę Was do Boki Kotorskiej. To zatoka w południowej części Adriatyku, głęboko wcinająca się w południowo-zachodnią część Czarnogóry. Zwiedzanie jej można rozplanować dwojako: od strony lądu lub od strony wody. My wynajęliśmy autko i zdecydowaliśmy się odwiedzić miasta, leżące tuż nad zatoką.


Tivat


Na pierwszy ogień poszedł Tivat – ekskluzywny, pełen eleganckich jachtów, hoteli i restauracji oraz znanych markowych butików. Miejsce kojarzone jest głównie z położonego w pobliżu międzynarodowego lotniska i wg przewodnika nie mające zbyt wiele do zaoferowania. Na mnie jednak (po hałaśliwej Budvie – ale o tym później) zrobiło dobre wrażenie i uważam, że byłoby niezłym wyborem dla chętnych na odpoczynek w komfortowych warunkach, natomiast bez większych atrakcji.

Port w Tivat

Butiki w Tivat


Kotor


W drugiej kolejności odwiedziliśmy Kotor – prawdziwą czarnogórską perełkę.

To jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast na terenie całej byłej Jugosławii. Widnieje ono na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Otoczone jest z trzech stron górami Lovćen oraz urwiskami Kotorske strane, a w całym mieście królują…koty!

Jako, że mam lekkiego hopsia na punkcie zwierzątek, nie omieszkałam poświęcić im kilku zdjęć. Koty w Kotorze są symbolem miasta i przewijają się na magnesach i wielu pamiątkach. Nie lubię wracać z niczym, dlatego sama pod wpływem impulsu zostawiłam tam troszkę euro…;)

Wracając jednak do meritum – czyli co warto zobaczyć w Kotorze – przede wszystkim musicie „wejść” do miasta. Mam tutaj na myśli stare miasto, które jest przepiękne! Ma śródziemnomorski charakter, pełno w nim wąskich uliczek, zakamarków, placów i świątyń. Co ciekawe ulice nie mają nazw, ale każdy dom oznaczony jest osobnym numerem. Dostaliśmy mapkę przed wejściem żeby się w tym wszystkim połapać.

Przed wejściem do bram miasta

Cerkiew Św. Łukasza

Cerkiew Św. Mikołaja

Wieża zegarowa – Gradski toranj

Katedra Św. Tryfuna

Wąskie uliczki w Kotorze

Na jednej z uliczek starego miasta zaczynają się wąskie schody, które prowadzą nas 260 m.n.p.m do Twierdzy Św. Jana. Być w Kotorze i nie pokonać tych 1500 schodków to zbrodnia wymierzona w siebie samego. Jest to atrakcja obowiązkowa, a dla mnie była dwojaka – po pierwsze bardzo, ale to bardzo chciałam zobaczyć Bokę Kotorską z góry. Po drugie – w dzień wycieczkowy ( czyli wolny od treningu) potrzebowałam jakiegoś małego ruchowego wyzwania, zatem motywacja żeby iść na szczyt sięgnęła 200% 🙂

Sami zobaczcie – było warto!

Droga w górę z przerwami na podziwianie widoków i robienie zdjęć:)
Widok z niewielkiej wysokości na stare miasto.
I już troszkę wyżej – piękny widok na zatokę.
Mały, zmęczony tubylec, którego spotkałam w drodze na szczyt 😉

Zdobyta Twierdza Św. Jana. Piękny widok na Zatokę Kotorską i walka z flagą, która nie od razu chciała się dobrze ułożyć do zdjęcia 😉

Mury na szczycie Twierdzy
Zejście i widok na trójkąt starego miasta.

W oddali cerkiew Matki Boskiej od Zdrowia


Perast


Pokonując 13 km na północny – zachód od Kotoru , zaliczając przyjemną samochodową wycieczkę wybrzeżem, dojechaliśmy do małego, klimatycznego miasteczka.

Perast.

Po tętniącym życiem Kotorze, Perast okazał się idealnym miejscem na wczesną, romantyczną kolację w promieniach zachodzącego słońca.

Jeśli będziecie tutaj kiedyś – zajrzyjcie do restauracji Armonia. Jedzenie było przepyszne, a widoki niezapomniane. Nasz stolik ustawiony był nad samą wodą bez żadnej barierki:)

W oddali widok na wyspę Sveti Djordje.

Kościół Św. Mikołaja

Boisko do koszykówki w pięknych okolicznościach przyrody 🙂

Zachód słońca w Perast


Zmęczeni? My byliśmy, ale założyliśmy sobie, że zobaczymy w tym dniu jeszcze jedno miasto.


Herceg Novi


Wg mojego przewodnika, Herceg Novi, które położone jest 10 km od granicy z Chorwacją, to prawdziwy podróżniczy  „Must have”. I przypuszczam, że rzeczywiście warte jest grzechu. Jednak lekkie znużenie spowodowane całodniowym zwiedzaniem sprawiło, że niestety brakło mocy żeby rzetelnie zweryfikować tę hipotezę. Zajrzeliśmy jednak do Twierdzy Kanli Kula. To górująca nad miastem warownia, wzniesiona przez Turków w XVII w. Obecnie Twierdza ma zastosowanie kulturalne – znajduje się w niej amfiteatr i odbywają się tam rozmaite przedstawienia i koncerty.

Widok z Kanli Kula na miasto i zatokę.

Ostatkiem sił przeszliśmy się po starówce i mimo, iż miasto było żywe i dalekie od utulenia się do snu, my już powiedzieliśmy:

Dobranoc!

Wy też wypocznijcie i bądźcie gotowi na kolejną wycieczkę razem. Zabiorę Was wtedy daleko od nadmorskiego wybrzeża.

W głąb kraju. W góry.

 

Share on Facebook4Tweet about this on TwitterShare on Google+0

Jedna odpowiedź do “Szczęśliwi pośród fiordów”

  1. megis napisał(a):

    Super wpis:) Piękne zdjęcia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *