Lustereczko powiedz przecie…

Dzisiaj typowo dziewczyński temat. Znacie mnie już trochę i wiecie, że daleko mi do dziewczęcych dziewczyn, a w zasadzie powinnam już napisać kobiecych kobiet. Nie jestem fanką zakupów, eksperymentowania z nowymi fryzurami, czy testowania nowych makijaży.

Nudzą mnie rozmowy o upięciach, o materiałach, fasonach, czy obecnych trendach. Gdy widzę, że ktoś ma coś, co sama chciałabym mieć – mówię wprost – o fajne, gdzie kupiłaś? I przyznam, że oczekuje odpowiedzi stricte na dokładnie zadane pytanie. Czasem dopytam o cenę.

Nie lubię przeglądać internetu w poszukiwaniu wymarzonego koloru szminki, idealnego fasonu sukienki czy kształtu obcasów. Jeśli muszę – jadę do sklepu, mierzę i kupuję. Czasem pytam o zdanie ekspedientkę, ale często Panie chcą po postu sprzedać towar, więc nie biorę zbyt serio ich “ochów i achów”.

Ciekawą osobą jest moja siostra, która kocha te wszystkie rzeczy związane kupowaniem, oglądaniem, przeszukiwaniem, mierzeniem, doradzaniem. Pomimo, że „zlewam” ją notorycznie, ona z niesłabnącym zapałem ciągle walczy o to, bym była jednym z jej metamorfozowych króliczków.

Muszę przyznać, że doceniam jej zapał, a jeszcze bardziej to, że prawie nigdy nie dzwoni do mnie w takich sprawach. Wybrała formę komunikacji nie narzucającą się, czyli wysyła mi maile z linkiem i dopiskiem – „Kupuję. Chcesz też?” albo „Kolor dla Ciebie. Brać?”

Lubię takie komunikaty. O ile link otwiera się szybko, w kilka sekund staję się posiadaczką nowej rzeczy. W praktyce wygląda to w ten sposób, że odpisuję jedynie „Tak”, a przy okazji najbliższego spotkania z Madzią przekazuję jej pieniądze, a ona mi zamówienie. Tyle.

Szkopuł w tym, że dbać o siebie trzeba, a nie wszystko da się załatwić wstukując w telefon 3 litery. Czasem wymaga to troszkę więcej zaangażowania, jednak będąc anty zwolennikiem celebracji pielęgnacyjnej wybrałam opcje, które nie wymagają wielogodzinnego stania przed lustrem. Jeśli tak jak ja nie jesteście “normalnymi” kobietami, a chcecie wyglądać dobrze, przy minimum wysiłku – przeczytajcie ten tekst.


                                                                                                                                        Moje urodowe ABC


 Każda szanująca się dziewczyna wie, że nawet jeśli nie ma wymiarów modelki i urody gwiazdy filmowej, jest w stanie wyglądać naprawdę ładnie jeśli zadba o trzy podstawowe rzeczy w swoim ciele:

          Skórę, paznokcie, włosy.

I niestety dziewczyny – żadna z tych rzeczy nie jest moim atutem!

Mam mieszany typ cery, ze skłonnością do przetłuszczania się i wyprysków. Włosy na mojej głowie są cienkie i żadna fryzura nie trzyma się na nich dłużej niż godzinę. A paznokcie pomimo zadowalającego mnie kształtu, nigdy nie mogą być długie i kobiece, bo przy mojej pracy byłoby to niemożliwe.

Ale… od pewnego czasu:

Moja skóra jest gładsza, a makijaż utrzymuj się na niej nawet pół dnia!

Moje włosy urosły, są zdrowsze i… niestety nadal najlepsza sprawdzona fryzura to kucyk😉

Moje paznokcie są zadbane i lśniące, pomimo, że krótkie😊

Jak?


Skóra


Wszystko zaczyna się od środka. Choćbyś nałożyła na siebie tonę makijażu – Twoja skóra nie będzie wyglądać dobrze jeśli nie zadbasz o nią od wewnątrz. Najtańszym i najbardziej naturalnym, podstawowym kosmetykiem, okazuje się być – woda mineralna. Na temat wpływu picia wody na poziom gładkości skóry zdania są podzielone i wielu ekspertów tezę “ pij wodę, a Twoja skóra będzie gładka” każe jednak wsadzić miedzy bajki. Zgodni są jednak co to tego, iż odpowiedni poziom nawilżenia skóry od środka, opóźni jej procesy starzenia. Picie wody nawadnia i spulchnia komórki skóry, dzięki czemu zmarszczki są mniej widoczne, a skóra wygląda młodziej. Dodatkowo poprawia się przepływ krwi, więc skóra nabiera lepszego odcienia i wygląda na “czystszą”. Na to ostatnie duży wpływ mają też warzywa i owoce – zawierają przeciwutleniacze, które są budulcem dla nowopowstających komórek. Dlatego jemy pomidory, marchewki, bataty, truskawki I cieszymy się pięknym odcieniem skóry😊

Ale i  naturę dobrze jest wspomóc, choć przyznam szczerze, że sama stosuję kosmetyki pielęgnacyjne zgodnie z zasadą „jak mi się przypomni”;) Głównie maseczki nawilżające lub oczyszczające, ale ostatnio odwiedzając Healthy Beauty  odkryłam świetny peeling enzymatyczny marki Yonelle.  Zawiera enzym roślinny – papainę, nawilżacz oraz czerwone kuleczki wosku jojoba z witaminą E. Aplikuję się go bardzo łatwo – minutkę rozciera na zwilżonej twarzy, a następnie pozostawia na 15 minut na skórze i spłukuje. Użyłam go dopiero 4 razy, ale efekty są już widoczne – plamy na skórze delikatnie rozjaśniły się, zaskórniki stały się mniej widoczne, a skóra jest nawilżona I wyraźnie gładsza! Wskazany dla wszystkich typów cery, ja szczególnie polecam skórom tłustym i mieszanym – naprawdę działa.

                                                                                                       

 

Jeśli jednak wciąż czujemy się blado i  nieatrakcyjnie – korzystamy z balsamów brązujących. Ostatnio ciągle słyszę od kogoś, że jestem ładnie opalona. Nie opalałam się w tym roku! Ale rzeczywiście jestem brązowa. Jak sobie przypomnę używam balsamu brązującego – raz, czasem dwa razy w tygodniu. To wszystko. Myślę, że znajdziecie firmę dla siebie, bo w drogeriach jest tego mnóstwo, ale mam sprawdzoną Kolastynę – Luxury Bronze balsam  dla ciemnej karnacji. Jest dobry! 

Dla tych którzy lubią wyglądać dobrze podczas uprawiania sportu polecam kosmetyki z firmy Kryolan. Marka produkuje profesjonalne kosmetyki z myślą o aktorach, tancerzach i sportowcach. Moje serce skradł Kryolan – TV Paint Stick – podkład w sztyfcie. Świetnie kryje wszelkie niedoskonałości i utrzymuje się na skórze nawet podczas najbardziej intensywnych treningów. Koszt to ok 80 zł – niemało, aczkolwiek wystarcza na co najmniej 4 miesiące.

Skóra to także jej zapach, a przy moim trybie potrzebuję naprawdę skutecznych kosmetyków. Po wielu poszukiwaniach trafiłam na najlepszy dezodorant – Aloe Ever-Shield marki Forever. Sztyft nie zawiera aluminium, ma świeży zapach, który trzyma cały dzień. Dezodorant kosztuje 35 zł, ale mam go od grudnia … I ciągle mam!


       Włosy


Odkąd pamiętam zawsze miałam “problem” z włosami – chciałam mieć długie, gęste i bardzo jasne. Miałam krótkie, cienkie i jasno … brązowe. Ale jako nastolatka zawsze chciałam być jasną blondynką, więc przez 10 lat nieprzerwanie farbowałam włosy. Moje włosy straciły 10 lat, podczas których były regularnie niszczone. Przez to też ciągle były krótkie, gdyż kruszyły się na końcach. U fryzjera byłam co 1,5 miesiąca, bo włosy niby rosły (odrost), a nie rosły (kruszenie). Traciłam czas, kasę a moje włosy dobrą kondycję. Od 5 lat postawiłam na naturalność w tej kwestii. Przestałam farbować, a cztery razy do roku odwiedzam moją nieocenioną p. Renatę, która wtłacza w nie keratynę lub stosuje inne nawilżająco – odbudowujące specyfiki. Na co dzień nie używam lokówek, prostownicy. Suszarkę w zasadzie też włączam od święta. Włosy odżyły, urosły i przestały być matowe. Żeby spełnić swe młodzieńcze marzenia od czasu do czasu pozwalam sobie na ombre lub sombre😉

                                            

 Idąc włosowym tropem z rzęsami też zawsze coś było nie tak – jak nie umalowałam to słabo, bo krótkie i proste, a szkoda męczyć zalotką. Jak umalowałam to chwila moment i zaraz byłam rozmazana nie robiąc nic. A ruszając się i pocąc na fitnessie kończyłam już definitywnie jak Panda;) Skorzystałam więc z usług mojej koleżanki, która profesjonalnie zajmuje się przedłużaniem rzęs i nareszcie osiągnęłam błogostan. Wyglądam ładnie gdy wstaję. Wyglądam ładnie gdy zmyję makijaż. Wyglądam ładnie na fitnessie i po nim. Zaoszczędzam czas na malowanie. Zaoszczędzam czas na zmywanie. Zaoszczędzam czas na szukanie dobrego tuszu I pieniądze na kupowanie go. Łapię dwie godziny w miesiącu, kiedy mogę bezkarnie leżeć w ciągu dnia i nic nie robić, podczas gdy Justyna wykonuje uzupełnienie. A co najważniejsze rzęsy nie są zniszczone! Po pół roku aplikowania zrobiłam dwa miesiące przerwy, by zobaczyć czy jeszcze mam swoje. Mam i mają się dobrze. POLECAM!


 Paznokcie


Z tym chyba był największy problem. Żeby było ładnie trzeba pomalować. Potem odczekać 40 minut, nie zapominając sobie po 10, że przecież suszę paznokcie i nie mogę wtedy szukać kluczy w torbie. Jeśli tak się zdarzyło – zmyć i  spróbować raz jeszcze. Cała operacja na dwie ręce, z uprzednim piłowaniem ok 2h. No i fajnie –  gotowe. To teraz naciesz się ok 1-2 dni, bo niestety przy włączonym trybie sportowym tyle wytrzymają. I co dalej – lecimy od nowa. Nieeee, nie chce mi się. Miesiąc bez lakieru, zanim ponownie się zbiorę😉

 Zgodnie z założeniem: chcę mieć ładne, ale nie chcę koło nich robić – znalazłam więc sposób na paznokcie idealne. Hybryda. Piłuję, maluję, suszę na bieżąco, kończę i mam spokój na dwa tygodnie. Przeważnie robię tydzień przerwy I ponawiam operację. Co najlepsze robię sobie je sama. Inwestycja w lampę, lakiery, zmywacz, do hybrydy I kilka innych specyfików to koszt rzędu 200 zł. Można też iść do manicurzystki. Ja jednak w tym przypadku wybrałam opcję ekonomiczną.

 

 


Jak widzicie można dbać o siebie będąc urodowym leniuchem i ignorantem. I nie trzeba wydać fortuny aby wyglądać ładnie. Czy ruch i zdrowe jedzenie zagwarantuje nam, że będziemy dobrze wyglądać? Tak, ale nie tylko. Daje się zauważyć, że z każdym kolejnym rokiem trzeba zwiększać paletę zabiegów pielęgnacyjnych, by mimo wszystko czuć się młodo i świeżo. Jak widzicie nie jest to “jeszcze” etap ostrzykiwania się hialuronem i botoksem;) I wierzę, że będąc cały czas aktywną i wykazując niezbędne pielęgnacyjne minimum, etap ten nigdy nie nadejdzie😊

 

 

 

 

 

 

 

 

Share on Facebook1Tweet about this on TwitterShare on Google+0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *